Lidia Stanisławska

Bozia w swej szczodrości dała mi głos, poczucie humoru, niezłe pióro, 
ale o włoskach… zapomniała. 

Pamiętam w jakie zakłopotanie wprawiałam fryzjerki na Woronicza, które grały 
w marynarza, bo żadna nie chciała dobrowolnie zająć się moją głową. Rzadkie, niepodatne na żadne zabiegi włosy, nie poddawały się torturom kręcenia, tapirowania i itp. Wystarczyła odrobina wilgoci, by wracały niefrasobliwe do stanu pierwotnego. Chciałam dać za wygraną, ale los zesłał mi dobrotliwie pana Ryszarda, który sprawił, że spojrzałam na swoją nową fryzurę (i na siebie) 
z przyjemnością i nadzieją… Nie będę przeżywała stresów przed koncertami czy „dużymi” wyjściami!

Dzięki że umożliwiacie takiej METAMORFOZY.

Wdzięczna
Lidia Stanisławska